Drużyna Ks. Konrada

KRONIKA POCZTU


A.D 2012

De raptu Grzymislavae et Boleslavii

W miesiącu marcu następnego roku pan Gotard ze Słuszewa, wezwany przez księcia Konrada by ściągnąć wraz z ludźmi do czerskiego grodu, umyślnego do Łomszy do pana Krzyśka przysłał, sam zaś nie mieszkając przodem ruszył by wszystko tak jak trzeba zarządzić. Znów tedy do marszu się sposobić przyszło, ledwie po długich deszczach dających się nam tej wiosny mocno we znaki drogi przeschły a brody stały się przejezdnymi. Razem z nami znad północnej granicy Mazowsza pospieszyli wojowie ze strażnic kasztelanii wiskiej i całego wiecznie niespokojnego pruskiego pogranicza - Mazowszanie i obcy, wszyscy, którzy z jakichś powodów obowiązani byli do niewdzięcznej a niebezpiecznej służby przy obronie ziem księcia przed hordami pogańskich Prusów i Jaćwięgów. Jechaliśmy tedy śladem pana Gotarda, o dzień drogi za nim, klucząc po folwarkach i zabierając na wozy spyżę i worki z paszą, przygotowane przez włodarzy na jego polecenie.

Przeprawiwszy się z tym wszystkim nie bez trudu przez szeroko wciąż jeszcze rozlaną Wisłę brodem u grodu w Jazdowie, spotkaliśmy się tam z panem Gotardem, który oczekiwał nas z pozostałą częścią rycerstwa mazowieckiego, przybyłego z innych stron dziedziny. Sądzilismy że w tym miejscu przynajmniej do dnia pozostaniemy odpoczywając po przeprawie, jednak nim się skończył przegląd chorągwi, znalazł nas goniec książęcy, przez usta którego książę zawiadamiał iż powziął wieści o wejściu zastępu henrykowych zbrojnych w granice księstwa szlakiem wiślanym. Gdy zaś oni naprzeciw nam z południa ciągnęli w jak najgorszych zamiarach, nam książę nakazał nie mieszkając ku Czerskowi podążać, gdyż czas iście naglił. Słyszeliśmy bowiem i my, iż nieprzyjaciel pod Sandomierzem szkuty nasze w znacznej liczbie zajął, a gdyby chciał na nie wojsko załadować i wezbraną Wisłą spławić, mógłby niespodziewanym desantem podgrodzie przed naszym przybyciem zająć, zamek oblec a tak szkody księciu poczynić. Razem z panem Gotardem i pod jego znakiem tedy ruszyliśmy zaraz ku książęcej stolicy, by na czas drogę mu zabiec a jeśli czasu na to nie stanie, gotowi wywrzeć pomstę na onym psie śląskim i jego poplecznikach.

Szczęśliwie komes, który zastępom Henryka przewodził, ostrożnie sobie poczynał, a przy tym jakowychś łotrzyków na przeszpiegi ku nam posławszy, których dopiero poniewczasie poznaliśmy być szpiegami jego, zwiedział się o naszym rychłym przybyciu, jako i o wielu szlachty z południowych ziem Mazowsza którzy już pierwej na zamek dotarli. Ci właśnie, wzdłuż nadrzecznych łąk obozujący, desantowi łacno wstręt czynić by mogli, że zaś dla rwącego nurtu łodzie musiałyby wielkim wysiłkiem wioślarzy do brzegu dobijać, lądując z trudem i daleko jedna od drugiej, łacno mógłby tym sposobem wojsko wytracić. To pojąwszy, łodzi poniechał i chorągwi swych nie rozdzielając na noc w dogodnym miejscu się zatrzymał, o czym zwiadowcy księciu później donieśli. My zasię nic o tym nie wiedzący, ostatkiem sił ku stolicy-śmy forsownym marszem bieżeli.

Tak przeto bez dalszych przeszkód przybyliśmy po całej ciężkiej nocy na czerski zamek i ze świtaniem w jego wały zostaliśmy wpuszczeni. Zatoczywszy pospiesznie na majdan wozy z całym zaopatrzeniem odetchnęliśmy z ulgą, nad wyraz zdrożeni lecz kontenci bo i sami do czasu bezpieczni i przyjaciół naszych takoż bezpiecznymi na grodzie zastając.

Dowódców naszych, panów Gotarda i Krzyśka wraz z innymi grododzierżcami książę pan zaraz na komnaty dla rady wezwał, my zaś, skoro tylko wieści do nas dotarły iż nieprzyjaciele nasi najwcześniej pod wieczór nadejść zdołają, namioty we wskazanym nam miejscu rozbiwszy po większej części legliśmy w nich by choć nieco odpoczynku zaznać, mając na to czas aż do nieszporu, jako że zamek zastaliśmy opatrzonym i gotowym do obrony tedy roboty pilnej nie było, przyszło jeno czekać.

Gdy tylko mnisi vespera odśpiewali i ksiądz mszą zakończył, straże na wieży okrzyknęły nieprzyjaciela, tedy poczęliśmy się do broni sposobić, a nasadziwszy hełmy i chwyciwszy oręż wspięliśmy się kto mógł na wały popatrzeć jak zbliżają się wrogowie księcia naszego Konrada, którzy we mgle wieczornej skryci podeszli już na strzał z kuszy, wpierw rycerze z proporcami i wielką chorągwią henrykową a dalej najemnicy maszerujący w milczeniu, dzierżący w dłoniach pochodnie, za którymi szły wozy z wszelkim dobytkiem.

Przybyli oni w kupie tak wielkiej że okrążywszy wkoło wały i fosę, poczęli rozbijać obóz pod zamkiem i przygotowywać się do oblężenia. Przybyły liczne ich zastępy, chorągwie ciężkozbrojnego rycerstwa z Ziemi Krakowskiej i Sandomierskiej, którymi dowodził pan Sławko z Tarnowa, słynący z waleczności, a także lekkozbrojni najemnicy prowadzeni do boju przez Tomasza z Lublina. Mieli oni takoż machiny oblężnicze, które wodą spławili na onych szkutach, do złożenia przygotowane, a które wielkim strachem napełniały serca załogi. Książę Konrad zaś, sam we zbroi z misternych łusek, bogatym płaszczu i hełmie pozłacanym, skoro swoją załogą i zebranymi milites wieże i wały obsadził, swym wiernym rycerzom, Krzyśkowi z Łomszy oraz Gotardowi ze Słuszewa przykazał, aby dowodząc tymi, co na majdanie ostali, przygotowali się do obrony. Wśród mazowieckich oddziałów walczyli tedy przyboczni z pocztu Krzyśka z Łomszy - Paweł de Sdbicovo, Krzyśko z Chomiczowa i Tomasz ze Śląska, a także przyboczni rycerza Gotarda. Po stronie księcia Konrada stanął także znamienity rycerz ze Śląska, Piotr z rodu Grzymałów, wraz ze swą chorągwią. Wielu powiadało że poróżnił się on ze śląskim księciem Henrykiem Brodatym i postanowił wspomóc naszego księcia, inni szemrali zaś że skuszony został złotem. Jakie kierowały motywy Piotrem, nikt z nas dowiedzieć się nie zdołał, przecie przeciwko swoim pobratymcom stanął, a przy tym prócz swoich przybocznych sprowadził on także silny oddział rycerzy Zakonu Świątyni, którym to skoligacone z nim rody podarowały ziemie pod budowę nowych komandorii.

Stawiły się także liczne oddziały rycerzy z innych pomniejszych zakonów, a także, ku ich zdziwieniu i zgorszeniu, ziomkowie naszej księżnej pani przywiedli zastęp pogańskich wojowników z ziem leżących poza Rusią, a byli to przedni łucznicy. A choć mówiono iż przybyli z chęci by panią Agafię bronić, po prawdzie za złoto walczyli, na które ten lud, jako wszyscy saraceni, okrutnie łasy. Dla ich psiej wiary ustawiono ich na wałach i pośród częstokołu, ramię w ramię z ciurami, z dala zaś od rycerstwa, aby zakonnym w oczy nie leźli i do jakowych zatargów nie prowokowali. Odesławszy swe wierzchowce stanęli tedy gdzie im kazano szczerząc do siebie zęby w dzikim uśmiechu i wykrzykując lub śpiewając co raz to w nieznanej nikomu prócz swych przewodników, przykrej dla uszu naszych mowie.

Ci właśnie na rozkaz księcia rozpoczęli bitwę. Gdy bowiem książę pan ujrzał że nieprzyjaciele w swej hardości pod sam zamek podeszli i rozpaliwszy ognisk kilka w zbytniej bliskości wałów obozowisko nieopatrznie z przyczyny mgły i ciemności stawiać poczęli, mając tedy swe wojsko sprawione a za bramą przyczajone i do wycieczki gotowe, świtu nie myśląc czekać zaraz dał umówiony sygnał łucznikom, ci zaś ostrzeliwać poczęli płonącymi strzałami obóz wroga, zamieszanie czyniąc tym okrutne. Zaskoczenie Małopolan było wielkie a dowodnie okazało, iż pan Sławko nie spodziewał się takiego spraw obrotu, chciał bowiem wprzódy dać zdrożonemu wojsku odpocząć nim do bitwy dojdzie, nie tak jednak się stało.

Z początku łucznicy strzelali prawie po ciemku, ale ogień wnet począł trawić namioty i dobytek wrogich wojsk, roztaczając krwawy blask pośród mroku nocy. Konie popłoszone lubo ranne poczęły z kwikiem rozbiegać się wokół, a wlokąc i wywracając wozy płonące jeszcze zamętu przyczyniały. Chcąc tedy wykorzystać chaos panujący wśród oblegających, pierwej nim wierzchowce połapią i szyki sprawią, póki jeno jedna linia spieszonych rycerzów krakowskich i żołdactwa pod wałami stała, za tarczami skryta przed deszczem strzał, kazał książę Konrad uczynić wypad za wały. Na sygnał dany rozwarto wrota i rycerze zakonni wypadłszy w milczeniu starli się z oddziałami pana Sławka z Tarnowa. Za nimi zaś zastępy Krzyśka z Łomszy i Gotarda ze Słuszewa ruszyły z okrzykiem do walki z wrogimi wojskami najemnymi na drugim skrzydle. Ci jednak, nader liczni a przy tym mający za plecami bagna nadrzeczne i stromą skarpę nie mieli dokąd się cofać przeto z zaciekłością stawili czoła Mazowszanom. Choć wielu padło, inni walczyli mężnie a że koniuchowie i stolarze składający machiny na wezwanie rzucili zaraz tę robotę a chwyciwszy topory i drzewca z obozu w sukurs im nadbiegli, wyczerpująca walka pośród żaru ognia i duszącego dymu nie przyniosła rozstrzygnięcia. Dwukrotnie dowódcy rozkazali wycofać się, udając że uchodzą za bramę, by naprawdę uformować szyk i uderzać ponownie, lecz krwawa walka wydawała się nie mieć końca.

Książę Konrad, nie chcąc swoich na dalsze narażać straty, widząc z wieży że trup ściele się na próżno, posłał ku nam człeka z rozkazem, by jeśli i tym razem nie uda się przerwać pierścienia oblegających, całą wycieczkę wycofać zabierając rannych i ogłuszonych, i dać wytchnienie ludziom wewnątrz wałów, pozostawiając do czasu obronę samej załodze zamku. Nieszczęśliwym trafem jednak człek ów ranion został srodze zanim do pana Gotarda lub pana Krzyśka zdołał się w bitewnym zamęcie zbliżyć i słowo książęce powtórzyć. Minęły tedy jeszcze ze trzy pacierze zaciętej rzeźby, nim książę pojął że coś się stać posłańcowi musiało i posłał ku nam innego, a ten zdołał do dowódców się przedrzeć i rozkaz przekazał.

Pan nasz Krzyśko jako doświadczony wojownik pojął zaraz, że choć rada księcia wojsko jego i pana Gotarda ocali, zarazem jednak gród na zniszczenie wystawić może. Tymczasem łucznikom saraceńskim poczęło już strzał zwolna braknąć, na zamku zaś zapasu pocisków przydatnych dla ich łuków nie było, jeno bełty do kilku kusz wałowych, a i tych szybko ubywało. A i to rozumiał, że rycerze choćby za wałami skryci bezpieczni nie będą, gdy bowiem wróg pod one wały machiny swe zatoczy i z nich kamienie a ogniste garnce na zamek ciskać pocznie, stłoczeni na dziedzińcu większe jeszcze straty ponieść mogą, a tym przykrzejsze, że nie mogąc się przed nimi ni osłonić, ni orężem godnie po rycersku odpowiedzieć.

Nie mogąc wszakże z książęcym rozkazem się spierać, postanowił pan nasz Krzyśko ostatnią tę szansę dobrze wykorzystać. Raz jeszcze mazowiecki hufiec uformował szyk. Wojownicy słysząc zagrzewające do walki okrzyki Krzyśka z Łomszy i Gotarda ze Słuszewa, wkrótce sami poczęli dodawać sobie sił i odwagi wykrzykując w stronę wrogów obelgi, zwiastujące rychły koniec ich żywota. A gdy ruszyli szarżą wbijając się klinem we wrogie szeregi, uderzenie powaliło na ziemię pierwszą linię najemników Tomasza z Lublina. I oto oddziały te poczęły ustępować pola. Gdy zasię nasi wyłom w linii uczyniwszy, na tyły się przedostali i do obozu śląskiego wpadli, szala zwycięstwa przechyliła się wreszcie na naszą stronę.

Lecz nie był to koniec bitwy. Bowiem dla straszliwego umęczenia tak długim bojem rycerze krzyśkowi nie byli w stanie dość długo ścigać cofających się w nieładzie wśród ciemności przeciwników by ich należycie rozproszyć. Jednocześnie zaś ciężkozbrojne rycerstwo Sławka z Tarnowa uderzyło na zastępy rycerzy zakonnych, broniące teraz bramy. Gdyby tych pobili i drogę powrotu wycieczce odcięli, mogliby jeszcze zwycięstwo odnieść. Nasi aż pod bramę się cofnęli, aby wroga bliżej wałów przywabić, ale pociski coraz rzadziej z wieży padały niewiele krzywdy tamtym przyczyniając. Los znów począł się ważyć a ci, którzy nie mogli swymi osobami w bitwie uczestniczyć, modlić się poczęli o ocalenie swoje i grodu, albowiem była taka chwila, że nawet o ratunku zwątpili.

Jednak dzięki Bożej pomocy a takoż surowej dyscyplinie i wprawie w wojennym rzemiośle, rycerze zakonni odparli i ten atak kładąc trupem wielu rycerzy z ziemi krakowskiej, mimo ran licznych i zmęczenia żywym murem stojąc jakoby wrośnięci w ziemię. I wówczas to w najeźdźcach duch upadł a ich armia uznawszy się za pobitą poczęła wycofywać się spod zamkowych wałów. Na nic oto się zdały szkuty i machiny, na nic przechwałki i chytrość henrykowa - pan Sławko choć sam rycerz mężny i prawy, spod bram mazowieckiej stolicy odszedł jak niepyszny, zanosząc uzurpatorowi nowinę, której wolałby nie przynieść, a ten wolałby jej nie słyszeć.

Długo jeszcze trwało pętanie rannych jeńców, zbieranie porzuconej broni i łupów. Do świtu wojownicy świętowali zwycięstwo a sam książę nie szczędził zaszczytów i nagród dla tych, którzy stanęli w jego obronie. Spośród tych, którzy wyszli bez większego szwanku, jeden pan Krzyśko tylko na uczcie nie był, gdyż z pilnym poselstwem przez księcia tejże godziny wyprawion, jeno z giermkiem wiodącym luzaka i juczną chabetę ze sprzętami, wracać musiał samowtór co koń wyskoczy, kiedy insi się bawili, wypoczywali i mniej lub więcej zasłużone odbierali laury, gdy przecie wśród wszego rycerstwa nad pana Krzyśka nie było wielu godniejszych pochwały. On jednak w swej skromności ani dbał o nagrody lecz zawsze chętnie podążał tam, gdzie go wzywał obowiązek i wierna służba swemu księciu.

Siedziba księcia naszego Konrada została tedy obroniona i tego roku nie ujrzano już na Mazowszu żadnego z obmierzłych jego nieprzyjaciół. A stało się to dzięki ofiarności i odwadze wojowników a także przemyślności i męstwu dowódców, wśród których jak zawsze nasz pan Krzyśko z Łomszy wiódł prym, nie dając się wyprzedzić nikomu - a dorównać jeno panu Gotardowi i swym najznamienitszym przyjaciołom.

A.D 2011

De raptu Grzymislavae et Boleslavii

Na samym pocz±tku opowiem o gło¶nych a nieszczęsnych dla księstwa wydarzeniach zwi±zanych z porwaniem księżnej wdowy Grzymisławy i jej syna Bolesława, w których to wydarzeniach szlachetny Krzysztof wielki miał udział a przytem sw± przemy¶lno¶ć, męstwo i dworno¶ć szczególnie miał możno¶ć okazać czym wiele dobrego uczynić zdołał aby się tym księciu i jego sprawie przysłużył.

Zdarzyło się oto wiosn± Roku Pańskiego MCCXXXIII że nasz pan i ksi±żę Konrad ogłosił wielki turniej, na który zaprosić kazał panów stanu rycerskiego i wszelkich milites ze wszystkich dzielnic, nagrody zacne zwycięzcom obiecuj±c, a także i ludzi po¶ledniejszego stanu, cives et agricolae, dla których uciechy grajków opłacił i poczęstunek zgotować kazał, by okazać po całej polskiej ziemi jako w hojno¶ci jest niedo¶cigniony. Wszelako wiadomym nam było, iże dla przemy¶lno¶ci swej chwalebnej tak uczynił, bo też najwięcej zależało mu na panach i rycerstwie z krakowskiej dziedziny, których szczególniej chciał ol¶nić i na swoj± stronę przeci±gn±ć, by po niedawnej ¶mierci Władysława serce zwrócili ku niemu, nie za¶ ku Henrykowi, który zawsze chc±cy wiele posiadać i wiele znaczyć, stolec krakowski, księciu Konradowi bez w±tpienia należny, pragn±ł dla siebie zdobyć, a że w wojnach ostatnimi laty wiedzionych mimo licznych przewag rozstrzygnięcia nie zyskał i serca księciu Konradowi do dalszych starań nie odebrał, teraz jako się dalej okazało dla onych korzy¶ci nawet przed zdrad± i podstępem się nie zawahał.

Na wezwanie księcia wyruszył tedy pan nasz, szlachetny Krzysztof, z grodu swego łomżynieckiego na zamek czerski, aby wzi±ć udział w turniejowych zmaganiach wraz ze swym wiernym przybocznym, urodzonym Andrzejem z Sielca, który jako comes castellanus wiódł liczny zastęp jego wojów, między nimi za¶ byli i Paweł, wójtowic ze Żbikowa, tak w polu jako i w oblężeniu niezast±piony a to dla swego kunsztu w stawianiu machin miotaj±cych, którego się w Ziemi ¦więtej będ±c wyuczył, i zacny Marcin z Osówka, piętnasty rok już wałów łomżynieckiego grodu pogranicznego przed pruskim łupieżc± broni±cy, i rycerz Tomasz, ze ¦l±ska przybyły, aby jako krzyżowiec tychże pruskich Saracenów mieczem na wiarę prawdziw± nawracać, i liczni inni, którzy na wezwanie się stawili, a że rok był nad spodziewanie od najezdników spokojny, tedy niemal wszyscy oni mogli ze swym panem na dwór czerski się udać, gród bezpiecznym od nieprzyjaciela ostawiaj±c. Wraz z nimi jechali także inni dworzanie i dwórki, na czele z dam± Ann± z Poznania, pana Krzysztofa powinowat±, która wraz z goszcz±c± w grodzie dam± Libushe von BrĂĽnn z możżżnego rodu Deresławiczów z dalekiej Bohemii pochodz±c±, w swej pieczy miały liczn± czeladĽ i służki. Ku czerskiemu grodowi poci±gnęła wraz z nami dama Barbara z Klici, siostra niefortunnych braci krzyżowców, którzy przez Prusów pojmani byli, aby księcia uprosić by się wstawił za nimi kiedy o wykupie innych jeńców z pogany rozmawiać będzie.

Tak więc szlachetny Krzysztof, podróżuj±c ramię w ramię ze swym s±siadem i przyjacielem, szlachetnym Gotardem ze Służewa, w wigilię ¶więta ¦więtych Apostołów Filipa i Jakuba zjechali do mazowieckiej stolicy. Przyjezdnych za¶ tak nieprzebrane mrowie w Czersku zastali, e o go¶cinie na samym zamku i mowy nie było, gdzie jeno najznaczniejsi wielmoże locum otrzymali, przede wszystkim za¶ możni panowie krakowscy z rodu ¦wiebodziców, którym Klemens z Ruszczy przewodził, a na których skaptowaniu dla swojej sprawy księciu najwięcej zależało, od ich to bowiem poparcia w rzeczy samej zawisło, kto upragniony stolec krakowski osi±dzie. Tedy za przykładem innych namioty swe na podzamczu wedle rzeki Wisły rozbiwszy, obozem się rozłożyli pomiędzy zastępami rycerstwa z różnych dzielnic, zakonnych z komandorii Szpitala i ¦wi±tyni tak z północnych rubieży Mazowsza jako i z zachodnich i południowych księstw, a gromad± mieszczan ze wszech stron kraju przybyłych, w¶ród których dla bezpieczeństwa straże drużyny ksi±żęcej, sławnej Smoczej Kompanii, rozstawione, czuwały. Pan Krzysztof z panem Gotardem zaraz na zamek z nieliczn± ¶wit± poszli księciu się pokłonić, który rad im był bardzo, a choć dla mnogo¶ci ludzi i spraw czasu wiele im po¶więcić nie mógł, rzekł im jednak na osobno¶ci słów kilka, z których wymiarkowali, że nie dla samej zabawy ich tu wezwać raczył i oczy a uszy mieć winni szeroko otwarte. Wrócili tedy Krzysztof z Gotardem ku obozowi wielce zafrasowani nad słowami księcia rozmy¶laj±c.

Sam dzień ¶wi±t SS Apostołów Filipa i Jakuba, w pierwszym dniu miesi±ca maja przypadaj±cy, upłyn±ł jednakowoż spokojnie, w¶ród mnogich uciech, turniejowych potyczek a wesołych zabaw, w których takoż nasi najprzedniejsi rycerze jako i liczni przyjezdni udział wzięli, a że na ochocie im nie zbywało, serca wypełniła rado¶ć i duma, tak że niemal przepomnieli¶my o wczorajszych, zdało się niewczesnych, obawach. Chodziły, co prawda, słuchy o szpiegach wmieszanych między kupców ormiańskich i żydowskich, zbieraj±cych nowiny dla wschodnich Saracenów, którzy przed dziesięciu laty Rusinów pobiwszy, pono o dalszych pochodach na zachód zamy¶lali, nie dawano im jednak posłuchu. Wszakże ksi±żę nasz, widno, nieproszonych jakich¶ go¶ci się spodziewał, i dobrze się ich strzegł. Widzieli mianowicie ludzie tameczni, że w bramie zamkowej stoj±cy jakowy¶ nieznany im żebrak wszystkim się bacznie przypatrywał, a strażnikowi, któremu się to podejrzanym wydało i chciał go precz przepędzić, tenże żebrak zarzekał się iż pozwoleństwo od księcia pana posiada, a gdy tym go nie przekonał, ów wzi±ł go na bok i jakowy¶ mu pergamin ukradkiem pokazał, zaczym strażnik milczkiem na swoj± stronę odszedł i więcej go nie ¶miał nagabywać. Uspokojeni zatem, dobrej my¶li i syci wrażeń wszyscy kładli się na spoczynek, wierz±c że w następnych dniach równie wspaniałe widowisko obejrz± i błogo wspominać będ± go¶cinne czerskie mury.

I byłoby tak się stało, gdyby nie nieszczero¶ć rodowców pomienionego Klemensa, Gryfem się pieczętuj±cych co i słusznie, gdyż tenże symbolem jest pychy i zachłanno¶ci, przez któr± wielu szlachetnych mężów, którzy na gonitwy i uczty ku księciu Konradowi zjechali, jeszcze o tym nie wiedz±c ostatni raz tego dnia zachód słońca ogl±dało. Zwiedział się bowiem Klemens, iż ksi±żę nasz, pieczę sprawuj±cy nad małoletnim księciem Bolkiem, synem i następc± Leszka zwanego Białym, księcia Polski, i matk± jego, księżn± regentk± Grzymisław±, na co dzień przemieszkuj±cymi w Sieciechowie, w czas ów na gród czerski sprowadzić ich kazał, gdzie komnatę osobn± dla nich przysposobił, chc±c dla większego bezpieczeństwa mieć ich w pobliżu. Wydało się póĽniej, iż panowie ¦wiebodzice, niby to do zgody z księciem naszym się skłaniaj±cy, a w istocie Henrykowi nieodmiennie sprzyjaj±cy, widz±c że ksi±żę Konrad Grzymisławy z synem żadn± miar± Henrykowi do Krakowa nie ode¶le, potajemnie się z ni± przez podstawionego człeka zgadali i namawiali j±, by porzuciwszy go¶cinę konradow± do dziedziny i stolicy swej wracała, księżżżżna za¶ gor±c± przychylno¶ć dla tych zamysłów wyraziła, czym niewdzięczno¶ć wielk± naszemu księciu panu okazała, który lepszym byłby jej przecie opiekunem. A tak skoro tylko się z księżżżżn± matk± zmówili, Bolko bowiem wonczas jeszcze lat siedmiu nie maj±cy od zdania matki całkiem był zależny, zaraz poczęli się sposobić do zbrojnej na Mazowszan napa¶ci.

Tak więc nastał kolejny dzień, dies Dominica, w którym od rana po Mszy ¶więtej zabawy się podobne rozpoczęły, a po południu miało być rozegrane największe starcie zwane z francuska bouhourt pomiędzy rycerzami na dwie drużyny podzielonymi, w którym wzi±ć mieli udział rycerze ziemi mazowieckiej i go¶cie oraz wszyscy rycerze zakonni, a na zakończenie którego wielk± zaszczytn± ucztę szykowano. Wszelako gdy słońce się nachyliło a wszyscy kombatanci w kolczugi i hełmy odziewać się poczęli, szykuj±c się do tego ostatniego z turniejowych bojów, a niewiasty życz±c nam szczę¶cia i bezpiecznego powrotu, kwietnymi wieńcami ozdobiły hełmy każdego z mazowieckich wojowników, naraz gwar dał się słyszeć a straże z wałów doniosły o słupach dymu strzelaj±cych nad okolicznymi osadami i oddziałach jakowych¶ zbrojnych zmierzaj±cych ku nam. Na taki widok miast do turniejowego starcia poczęto sprawiać oddziały do spodziewanej bitwy z wrogiem, w którym rychło poznano tych rycerzy z Ziemi Krakowskiej, którzy chętniej widzieliby na swym tronie księcia Henryka, wraz z liczn± rzesz± najemników, których po kryjomu pod gród czerski sprowadzili gdy wszyscy byli rozrywkami rycerskimi zajęci. Wszystko zasię stało się tak szybko, że ksi±żę wraz ze swymi dworzanami, sposobi±cy się do ogl±dania bitwy z galerii, a wszyscy odziani w uroczyste szaty, nie mieli możno¶ci by w powstałym zamieszaniu i zapadaj±cych ciemno¶ciach, roz¶wietlanych jeno coraz mocniej łunami płon±cych domostw, spl±drowanych przez najemnżych żołdaków, swych pocztowych odszukać a zbroje przywdziać aby na czele wojska stan±ć. Pan nasz, Krzysztof, tedy przytomno¶ć umysłu okazuj±c niezwyczajn± okrzykami porz±dek zaprowadzać pocz±ł i szyki ustawiać kazał, wydaj±c rozkazy wraz ze swym przybocznym, Andrzejem z Sielca oraz Gotardem żżżze Służewa. Wkrótce po naszej prawej stronie stanęli rycerze z Ziemi Krakowskiej, popieraj±cy księcia Konrada jako kandydata do tronu. Lew± flankę zasiliły zastępy rycerzy zakonnych, dla obrony północno wschodnich rubieży kraju przed atakiem pogan osadzonych. Stali oni w milczeniu, widno odmawiaj±c w my¶lach ostatnie modlitwy przed walk±, której wynik był wielce niepewny, zwłaszcza że dla ciemno¶ci nocy, szczupło¶ci miejsca, pochyło¶ci terenu i niepewnego gruntu rycerze musieli zostawić swe wierzchowce i porzucić kopie dla mieczy i toporów i spieszeni ramię w ramię z pachołkami stawać. Jednak ku zdumieniu wszystkich oddział wezwanych pod broń mieszczan, wiedzionych przez Marka Hilgendorfa, wraz z grup± zbrojnych rycerza Roberta Bagrita, niegodnie zwrócili swój oręż i tarcze naprzeciw nam, bior±c stronę Małopolan. Dowodził za¶ nimi wszystkimi m±ż wielkiej sławy rycerskiej, Sławko z Tarnowa, groĽny w boju przeciwnik.

Wybiła tedy godzina dla wielu ostatnia. Nasz pan, Krzysztof, wskazał swym mieczem oddziały wroga i rozkazał nie mieszkaj±c uderzyć na tych, którzy w tak haniebny sposób nadużyli go¶ciny naszego księcia. Pan Andrzej z Sielca wykrzykiwał polecenia, napominaj±c aby i¶ć w zwartym i równym szyku. Jednakże zapalczywo¶ć zbrojnych i chęć jak najszybszego zwarcia z wrogiem wzięły górę nad karno¶ci±. W tejże chwili co Mazowszanie ruszyli także stoj±cy na skrzydle rycerze krakowscy, biegn±c po pochyło¶ci, przez co oddziały wymieszały się, tworz±c masę która uderzyła w szeregi przeciwnika niczym morska fala. Miecze i topory wznosiły się i opadały roztrzaskuj±c tarcze i hełmy zbrojnych. W sercach płon±ł ogień słusznego gniewu, podsycany przez okrzyki naszego dowódcy. Mimo jednak że każdy z mazowieckich zbrojnych parł do przodu, w bitewnym ¶cisku jedni przeszkadzali drugim, tak że nieprzyjaciele stoj±c w twardym szyku oparli się nawale. Widz±c że wielu z naszych padło a mimo to starcie pozostawało nierozstrzygnięte, na dany sygnał nacieraj±cy wycofali się, by przegrupować oddziały i na rozkaz uderzyć ponownie. Tym razem natarli¶my id±c w równym szyku, jednak zastępy wroga wytrzymały i to uderzenie. W tejże chwili jeden z rycerzy dostrzegł, że od lewej flanki naszego hufca przedziera się oddział z zamiarem oskrzydlenia. Pan nasz wydał rozkaz wycofania się by nie wpa¶ć w tę pułapkę. Raz jeszcze tedy przegrupowali¶my oddziały i ci, którzy jeszcze mogli utrzymać w ręku oręż, szykowali się by z okrzykiem uderzyć na wroga i odeprzeć go wreszcie od zamku. Lecz oto naraz nieprzyjaciel sam z siebie cofać się zacz±ł i wkrótce bitwa ustała, gdyż w ciemno¶ciach nocnych nie było jak ¶cigać uchodz±cych po nadrzecznych łęgach i chaszczach. W szeregach naszych wybuchła tedy rado¶ć, oto bowiem henrykowych ludzi, od których ciężkie wzięli¶my zeszłego roku cięgi, zmusili¶my do odwrotu, mnóstwo kład±c trupem. Przeto choć i naszych wielu padło, mogli¶my się poczytywać za tryumfatorów.

Lecz wkrótce rado¶ć zwycięzców zmieniła się w rozgoryczenie, albowiem okazało się dlaczego oddziały nieprzyjaciół przerwały bój i wycofały się tak łacno. Oto bowiem w czasie, gdy¶my byli bitw± zajęci a w dworzyszczu zamkowym jeno nieliczna służba ostała, przeklętnik ów, Klemens z Ruszczy, przekupiwszy strażników pilnuj±cych księżnej i jej syna, chyłkiem ich z grodu wyprowadził i rozstawnymi końmi ku Krakowowi powiózł. Tak tedy nie było już o co walczyć, a po¶więcenie nasze i ¶mierć tylu towarzyszów okazały się daremne. I choć ksi±żę Konrad zaraz po¶cig za porywaczami posłał, wszelako uciekaj±cy nie oparli się aż w Skale, która grodem jest warownym i niezdobytym, tym samym, pod którym ongi¶ po raz pierwszy wojska księcia Konrada starły się z Henrykiem i ust±pić musiały. W ten więc sposób ksi±żę Henryk otworzył sobie drogę do krakowskiego tronu. Ksi±żę nasz jeno przekupnych strażników onych pochwycił, których nie mieszkaj±c stracić kazał, wszelako niewielka była to pociecha.

Powrócili tedy do grodu Krzysztof z Gotardem, Andrzejem, Marcinem i Tomaszem, szczę¶liwie bowiem z naszego najbliższego grona nikt nie poległ, choć wielu rany odniosło poważne, których niewiasty nasze zaraz opatrzyły póki medyk ciężej rannym ratunku nie udzielił. Przygotowana dla wszystkich uczta tyleż uczt± co styp± się okazała a więcej ludzi z gminu przy stołach do niej zasiadło niż wojów, tych bowiem tak wielu pobitych i rannych zostało. Dowódców wszelako już wcze¶niej ksi±żę zamiarował oddzielnie do swego dworu zaprosić i wraz z nimi do posiłku zasi±¶ć, teraz jednak rolę gospodarza honorowej uczty w miejsce księcia, który nie mógł w niej w osobie uczestniczyć dla nie cierpi±cych zwłoki przygotowań do po¶cigu który wonczas jeszcze możliwym się zdawał, pełnił nasz pan, Krzysztof. Tenże własnym sumptem godnie podj±ł możnych panów i mężnych rycerzy, którzy zwycięstwo wywalczyli, takoż i co godniejszych jeńców za stół sadzaj±c, za co go ksi±żę póĽniej pochwalił, jako że postępek ten był wielce rycerskim. Tym też przychylno¶ć zaproszonych sobie zaskarbił, ksi±żę za¶ nie mniej niż przedtem pragn±ł nowych zwolenników sobie w małopolskiej dziedzinie przysporzyć i nad okazj± po temu przemy¶liwał. Kolejny raz tedy wielkie mu pan nasz Krzysztof usługi oddał, tako w dworno¶ci jako pierwej w męstwie nikomu się nie daj±c wyprzedzić.

Choć więc znane s± te wszystkie wydarzenia, które szerokim echem w mazowieckiej ziemi i w całej Polsce się odbiły, a imiona pana Krzysztofa i jego towarzyszów gło¶ne i sławne, wszelako póki pamięć o nich trwa czyny ich spisać się godzi, bohaterom ich na wieczn± sławę, potomnym - ku pouczeniu, a Bogu Przedwiecznemu, który takimi cnót pełnymi osobami w naszym czasie ziemię swoj± przyozdobić raczył - na chwałę wiekuist±. Amen.

A.D 2010

II Turniej na dworze Konrada Mazowieckiego

Majow± por± Krzy¶ko z Łomżyńca wraz ze swym pocztem wyruszył do Czerskiego zamku, by wzi±ć udział w weselu Konrada Mazowieckiego i Agafii ¦wiatosławówny, córki Księcia Nowogrodzkiego. Wiele atrakcji takich jak uczty, rozmowy przy ognisku, potyczki turniejowe i łucznicze, pokazy konne umilało im czas spędzany na zamku jak i w obozie, który rozbili w sadzie, nieopodal innych pocztów, przybyłych na t± prze¶wietn± imprezę. Sam Krzy¶ko z Łomżyńca poprowadził do wielkiej bitwy rycerzy mazowieckich, barwnie przybranych wiankami, które z wiosennych kwiatów uplotły niewiasty. A gdy w bitewnym chaosie wieniec rycerza Krzy¶ka przez nieprzyjaciela Tomala Złego został mu odebrany, Pan Sławek z Tarnowa, nie bacz±c na niebezpieczeństwo ruszył, aby wieniec odbić i zwrócić wła¶cicielowi. Gdy wieczór nastał Pan Krzy¶ko zaprosił dzielnego Sławka, by przy miodzie podziękować mu za pomoc. Lecz nie tylko walkami żył poczet przez tych kilka dni. By dogodzić swym podniebieniom, lekkozbrojny zwany Claymorem wykazał się po raz kolejny zdolno¶ciami konstrukcyjnymi i postawił piec gliniany, w którym przyrz±dzano wszelakie mięsiwa. Wina i miodu nie zabrakło, a wieczorem uczt na zamkowym dziedzińcu, by dać wytchnienie rycerzom, damom i wszystkim, którzy przybyli na turniej.



Turniej w Lusowie 2010

Na lusowski turniej poczet Krzy¶ka z Łomżyńca przybył z bardzo konkretnym zadaniem. Miały się wówczas rozstrzygn±c losy pięknej Alicji, majętnej panny na wydaniu, o rękę której starało się trzech kandydatów: sam rycerz Krzy¶ko, młody Piotr syn rycerza Bagrita oraz ¶miałek zwany Żurkiem, pochodz±cy z odległych mongolskich krain. Alicja wybór swój miała ogłosić w trakcie sobotniej uczty, tak więc każdy z kandydatów wraz ze swym pocztem starał się jak najlepiej zaprezentować i zdobyć punkty, mog±ce przechylić szale zwycięstwa. Liczyły się honor, odwaga, ale też szczypta przebiegło¶ci. Niejeden szpieg cichcem przemykał przez obóz przeciwnika by podsłuchać rozmów a i złodzieje się kręcili w okolicy, podbieraj±c pociski do machin oblężniczych, proporce czy też bogate mongolskie czapy. Niemniej ważne były konkurencje, w których startowano: turniej łuczniczy, bieg dam czy rycerskie potyczki. Wielkim echem odbiła się walka rycerza Krzy¶ka z rycerzem Bagritem, która wobec męstwa obydwu zakończyć miała się wielk± bitw± poł±czon± z atakiem machin oblężniczych. Rycerz Krzy¶ko w swoim obozie posiadał aż dwie takie machiny. Bitwa była piękna a męstwo walcz±cych niemałe. Gdy nadszedł wieczór ojciec Alicji zaprosił wszystkich na wielk± ucztę, w czasie której każdy mógł spróbować pieczonego ¶winiaka i innych specjałów. Gdy najedzono się do syta nadeszła chwila by Alicja wybrał kandydata nżżażż żmęża, wcze¶niej jedżżnżżażk każdy z nich miał w pięknych słowach wyznać pannie uczucie. Tu kunsztem wykazał się młody Piotr, nie jemu jednak przypadła ręka panny w udziale a skromnemu Żurkowi, który bardziej niż o rycerskie czyny czy kwieciste oracje dbał, by Alicji w czasie turnieju towarzyższyć i służyć w każdej potrzebie i tym zdobył jej serce. Gdy wszystko stało się jasne uczta znów się rozpoczęła i trwała do póĽna, poł±czona ze ¶piewem i tańcem.

designed by
2008-2009 © Claymor